środa, 18 stycznia 2012

I stało się...


No i stało się. Nadszedł ten czas. Inaczej to sobie wyobrażałem… Ale to przecież tak dawno było. Inny czas. Inne myślenie. Brak doświadczeń. Życie jeszcze nie nauczyło mnie wtedy pokory. Nie dało mi swoich bezcennych lekcji, o które przecież nie prosiłem. Jeszcze wtedy nie pokazało, że to nie ja jestem królem mimo, że wciąż nie godzę się z rolą poddanego… Upadłem nie raz. Nie potrafiłem już nawet wstać i przejść kilku kroków. Ale wtedy maleńkie dłonie wyciągnęły się do mnie. 






Promyk  w ciemności. Światełko w tunelu. Na rzęsach ale do przodu. Upadły nieupadły. Majaczenie nadzwyczaj trzeźwego człowieka? Kryzys wieku średniego? Nie. Taka dziwna prawda. Okruch wspomnień.
Napisałem kiedyś:            
   „Mówią, że żyje się tylko raz – i to jest prawda.
Potem pozostaje tylko wegetacja, bo umierać można wielokrotnie…”

Sam nie wiem, czy się ze sobą zgadzam. Chyba nie. Bo za każdym razem, gdy upadniesz i nie masz już siły wstać to tak jakbyś umarł. Ale potem wstajesz. Podnosisz głowę i wypinasz pierś. Idziesz dalej. To tak jakbyś narodził się kolejny raz. Ty - a jednak już ktoś inny. Ten sam ale nie taki sam… Ze mną właśnie tak było. Upadałem, wstawałem i szedłem do kolejnego upadku. A za każdym razem z ziemi podnosił się inny ja. I jak tu zrozumieć samego siebie? Te wszystkie wewnętrzne spory i wojny. Konflikt mnie dzisiejszego z wczorajszym. Wahanie. Niepewność… Tylko jedno się nie zmienia. Nadzieja. Jak Gwiazda Polarna. Zawsze wysoko na niebie. 
I cichutko szepcze: „Spójrz! Jestem. Idź w moją stronę! Upadłeś? To nic. Otrzep kurz z kolan i chodź wreszcie! Ileż jeszcze będziesz biadolić? Narzekanie nic nie zmieni…” Ale czasem trudno przemilczeć, że kolejne marzenie wyślizgnęło się z rąk i upadło, tłukąc się w drobny mak… Pewne chwile mijają i odchodzą bezpowrotnie. Smutne. Czasem wesołe. Uniwersalizm tego fenomenu polega na tym, że nie tylko dobre momenty tak przepadają w czasie. Te złe także. I kolejne pytanie aż ciśnie się na usta: „Czemu tych złych chwil jest więcej na co dzień, a tych dobrych więcej przepada w bezczasie?” I znów chwila zadumy. Czy aby na pewno? 
A może to kwestia punktu ciężkości – środka odniesienia? Może zbyt bardzo skupiamy się na tych złych chwilach, przez co wydaje się, że jest ich więcej? A te dobre gdy są zatracamy w zamartwianiu, że kiedyś się kończą, że krótko trwają, że jest ich mało, że… I tak można wymieniać 
 nieskończoność… Takie emocjonalne samobójstwo. A gdyby działo się tylko to czego chcemy. Gdyby wszystkie, bez wyjątku, nasze pragnienia się spełniały. Gdyby nie było żadnych przeciwności, co stałoby się naszym celem? Dokąd byśmy zmierzali? Może z braku celu nie potrafilibyśmy iść dalej? Czy Nadzieja, niepotrzebna już, przestałaby istnieć? Przychodzi mi do głowy niepokorna myśl. Nie ma świata idealnego. Nigdy nie będzie. Bo każdy nosi w sobie świat. A im częściej upadamy, im więcej ludzi spotykamy, tym świat  jest bogatszy i bardziej złożony.


2 komentarze:

  1. Gratuluję mądrości !!! I zazdroszczę Ci wiary ,że to jeszcze nie koniec i że z każdą sytuacją,wbrew pozorom,bedzie lepiej .Pozdrawiam,Dorota Czarnecka

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję, że zechcieliście podzielić się ze mną swoimi spostrzeżeniami.