czwartek, 15 stycznia 2015

Gwiazda rozbitków



Telefon leżał na podłodze w zasięgu ręki. Nic nie zakłócało panującej wokół ciszy. Nic nie było też w stanie sprawić, by podniósł małe urządzenie i wybił na klawiaturze dobrze znany sobie numer. Pat. Totalna bezsilność. Brak wiary we własne siły. Czas sączył się małymi, słonymi kroplami. Sekundy skapywały kącikami oczu. Cisza zakłócała myśli ogłuszając wyrazistością. Tysięczny raz rozważał czy powinien i dlaczego? Dopytywał sam siebie: po co to wszystko? Impas. Brak odpowiedzi. Alkohol zmieszany z czasem nie ułatwiał myślenia. Złość wytrwale zawiązywała opaskę przytrzymującą knebel w ustach. Cisza nigdy jeszcze nie była taka głośna…

***

         Obcasy stanowczo uderzały o terakotową podłogę. Nawet głośne trzaśnięcie drzwi nie wykoleiło jej z torów zbudowanych złością. Przez głowę przemknęło pragnienie, by wyszedł za nią, chwycił dłoń i zatrzymał ją, pokazując, że chce aby wróciła. Drzwi jednak pozostały zamknięte. Ciemność korytarza bezszelestnie ogarnęła myśli i wdarła się do serca. Przycisk windy zajaśniał w ciemności nie przynosząc jednak nadziei. W łzach płynących po policzkach zatańczyło światło. Wsiadła do kabiny, będącej jedyną oazą i ukucnęła w kącie jak mała, zagubiona dziewczynka. Czuła się bezbronna i bezsilna. Nagle, bez żadnej zapowiedzi znów zapanowała ciemność, a winda z cichym łkaniem zatrzymała się między piętrami. Smutek triumfował czernią. Łzy jak małe, zawieruszone we wszechświecie gwiazdy spadały spod firmamentu rzęs.

***

         Czas kropla za kroplą zatapiał złość. Spokojne już fale porywały ku wspomnieniom. Niosły do dobrych chwil, które niczym latarnie morskie strzegły przed rafami. I wtedy zrozumiał. Zerwał się i wypadł na korytarz, choć czuł, że już jej nie dogoni. Winda nie reagowała. Ruszył po schodach. Wybiegł na ulicę. 



         Z nocnego nieba tysiące gwiazd wpatrywało się w niego w ciszy. Ulica przygarnęła go pustką. Zrozumiał, że ona odeszła. Że zbyt długo pozwolił jej odchodzić, by móc ją jeszcze dogonić. Uniósł głowę ku górze. Tępym wzrokiem wpatrywał się w niebo. Wtem zobaczył spadającą gwiazdę. Jak tonący chwycił się nadziei prosząc, by jego ukochana wróciła. Nic się jednak nie wydarzyło. Głuchej ciszy nie przerwał żaden, choćby najmniejszy szmer. Śmiejąc się z własnej naiwności wrócił na klatkę schodową. Zamyślony nad stratą, przycisnął guzik przywołania windy. A ta jakby tylko na to czekała, posłusznie przybyła. Wchodząc do środka zobaczył swą ukochaną. Ciemność przyćmiona blaskiem radości zniknęła. Pojednani wtuleniem zapomnieli o złości i o… spadającej gwieździe. A czas cierpliwie płynął, sekunda po sekundzie.


Mikey McVee                    



1 komentarz:

  1. Jak zwykle gdy Cię czytam jestem pod wrażeniem!!! Chcemy jeszcze!!!!
    Do dzieła Michale!!!

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję, że zechcieliście podzielić się ze mną swoimi spostrzeżeniami.