czwartek, 23 lutego 2012

Runy - Czas między Czasem


A teraz zgodnie z moją obietnicą chcę opowiedzieć Wam coś więcej o Runach.
Magicznych symbolach, które potrafią zmienić życie na lepsze.
Dziś opowiem o mojej ulubionej Runie:



DAGAZ

Oznacza czas między czasem.

Ze staroskandynawskiego Dagaz oznacza jutrzenkę.

W tradycji ludów północy czas, gdy słońce zaczynało lub kończyło swą drogę po widnokręgu był chwila magiczną…

W czasie świtania odprawiano rytuały związane symbolicznie z powitaniem życia.

Dagaz odnosi się do optymistycznego spojrzenia na świat.

Mówi :
”Przestań się martwić rzeczami małymi, choćby wydawały się w tej chwili bardzo ważne i wielkie. Wstań i zobacz, że rozwiązanie kryje się zalotnie za Twoimi plecami. Tylko pochylony nad czernią swej rozpaczy nie chcesz tego widzieć. Wstaje dzień Twoich możliwości. Narzekaniem i czarnowidztwem nie poprawisz zaistniałej sytuacji, wręcz przeciwnie, pozbawisz się siły działania.
Szukaj w życiu jasności i nadziei, one będą Cię wspierały w wyborach.”


Runa ta swą energetyką wykrojona jest z czasu rzeczywistego, w związku z tym odnosi się do wyższych sił magicznych. Opiekuje się działaniami ezoterycznymi chroniąc przed działaniem sił destruktywnych.

Przypomina:
Nieś jutrzenkę w dłoniach. Rozświetlaj noc działaniami.


Dagaz niesie ciepło, optymizm oraz magiczną ochronę, której siła pochodzi od potęgi budzącej się przyrody z nastaniem poranka. Pokazywać będzie jaśniejszą stronę życia, wyciągając z cienia wątpienia w sens istnienia, działania i życia. Przyciągać będzie pozytywnych, jasnych ludzi zestrojonych z jej naturą.


                        Wierzę, że ten znak wyryty własnoręcznie na drewienku, czy wykonany w jakikolwiek inny sposób pomoże Wam wnieść światło do Waszego i najbliższych życia.






*Informacje zaczerpnąłem ze strony www.hagal.pl

piątek, 17 lutego 2012

Spotkanie we mgle



            Mgła otulała, sprawiając wrażenie, że chroni przed zimnem. Jednak nie chroniła. Przy każdym oddechu z ust wydobywał się obłok pary, który równie szybko jak się pojawiał, znikał w mlecznym oparze. Szedłem noga za nogą, tylko dzięki jakiemuś dziwnemu zrządzeniu losu, nie myląc kolejności. Przy całym smutku jaki czułem, cieszyłem się z otaczających mnie chmur, mogąc ukryć się w ich dobroczynnym odosobnieniu. Nie miałem ochoty nikogo oglądać, a jeszcze mniej chciałem, by ktoś zobaczył mnie. Gdybym był kilkadziesiąt razy mniejszy, schowałbym się pod szafę, ale urosłem jak każdy przeciętny człowiek. Szafa odpadała. Na szczęście z pomocą nadeszła mgła. Lubiłem ją. Dawała poczucie szybowania gdzieś wysoko na niebie 
i pozwalała wyobrażać sobie inny świat. Czasem nawet miałem wrażenie, że gdy opadnie, rzeczywistość będzie taka, jaka właśnie zaistniała w mojej głowie. Zawsze się zawodziłem…
Dziś już nie mam złudzeń. Wobec tego się nie zawiodę. Dlatego cieszyłem się z mojej kryjówki, która gdziekolwiek poszedłem, była ze mną. I ta cisza. Jakby w uszach ukryć worek waty. Jaka ulga… 
Nie wiedzieć kiedy dotarłem do parku. Całkiem oderwany od hałasu, pozostałem sam ze swoimi myślami. Od nich już uciec nie potrafiłem. Szkoda. Choć przez kwadrans odpocząć od nich. Zapomnieć o problemach…
            Usiadłem na ławce. Nie ważne, że była mokra. To bez znaczenia. Cieszyłem się z mgły i zimna. Przynajmniej nikt tu nie przyjdzie. Mogę celebrować swój żal w samotności. Nie muszę znosić niczyich spojrzeń i nikomu nic tłumaczyć. A gdy minie, wrócę jak zawsze i będę się uśmiechać, rzucać w eter żarty, rozśmieszać najbliższych, otaczając ich ochronną warstewką radości. Ale teraz muszę sam uporać się z bagażem smutku jaki zgromadziłem. Muszę odnaleźć światełko, które przecież jest na końcu każdego tunelu. Każdego… Trudno mi było w to uwierzyć. Straciłem już wszelką wiarę… Straszliwie potrzebowałem odzyskać nadzieję. Odzyskać ją, by móc żyć dalej. By znów z podniesioną głową iść pod wiatr…                 Lecz w takim zimnie, we mgle, nikogo nie odnajdę. Tym bardziej nadziei.



            Nie wiem jak długo siedziałem na tej ławce, zagubiony w swoich myślach. Wtem obok, we mgle i zimnie, na mokrej ławce, na moim odludziu, bezceremonialnie usiadła kobieta. Aż zaschło mi w nosie ze złości. Nawet nie zapytała czy może? Wdarła się do mojej samotni i najzwyczajniej w świecie usiadła. W pierwszej chwili miałem ochotę zwrócić jej uwagę, że tak się nie robi, albo wstać i poszukać innej ławki. Ku mojemu zdziwieniu nagle zrobiło mi się raźniej i jakby cieplej. Przyjrzałem się jej. Nie potrafiłem określić wieku. Mogła mieć 65  albo 75 lat. Była ubrana schludnie i czysto, choć jej ubranie już dawno wyszło z mody. Przyglądała mi się zielonymi, śmiejącymi oczami, które byłe jakby pożyczone od kogoś bardzo młodego. Tylko „kurze łapki” w ich zewnętrznych kącikach świadczyły o wieku właścicielki i jej pogodnym usposobieniu. Przyszło mi do głowy, że takie oczy miałaby wiosna, gdyby była kobietą… Zastanawiałem się, czy jej już gdzieś nie widziałem? Nie pamiętałem jednak byśmy kiedykolwiek się spotkali. Mimo to wydawała mi się znajoma. Nie mogłem pojąć czemu, tak mi się przygląda? Promieniująca od niej radość całkowicie zbijała mnie z pantałyku. Nim zebrałem myśli, kobieta odezwała się aksamitnym, głosem dwudziestolatki.
 - Cóż za wspaniała mgła! Postanowiłam zaszyć się w jej bieli i chwilę odpocząć. Byłam przekonana, że nikogo nie spotkam i będę mogła delektować się chwilą samotności. Dopiero, gdy usiadłam zauważyłam, że nie jestem sama. Czy aby nie przeszkadzam?
Zaniemówiłem. Jakbym zapomniał wszystkich słów. Jednak ktoś moimi ustami i moim głosem odpowiedział.
 – Ależ nie! Cieszę się, że nie siedzę już sam na tej zimnej ławce. Choć przyszedłem tu by samotnie zatonąć w smutku.
Jak to się stało? Beształem sam siebie w myślach, że zwierzam się jakiejś obcej kobiecie? A jej oczy uśmiechnęły się jeszcze bardziej i znów przemówiła swoim pogodnym głosem.
- Smutek jest tylko złudzeniem. Czymś nieprawdziwym, choć potrafiącym prawdziwie ranić. I gdy tylko ktoś pozwoli mu rozpanoszyć się w swoich myślach, traci radość chwil. Przestaje dostrzegać to co dobre i cieszyć się z drobiazgów, które składają się na codzienność.
Słysząc to wpadłem w panikę. Przecież ja właśnie to zrobiłem! Wpuściłem smutek. Zagościł w moich myślach. Wkradł do domu i zaślepił na codzienne radości… Tajemnicza nieznajoma musiała czytać w moich myślach, bo mówiła dalej.
- Nie trzeba się tym przerażać. Gdy zrozumiesz, że nie chcesz gościć już dłużej smutku wystarczy uchylić drzwi myśli, aby mógł odejść  swoją drogą, równie niepostrzeżenie jak przybył. Wtedy znów świat stanie się kolorowy i nawet drobiazgi będą cieszyć.
Uspokoiłem się po tych słowach. Pierwszy raz od dawna uśmiechnąłem i dostrzegłem, że przez mgłę przedziera się słońce. Tym czasem moja nowa znajoma wstała i uśmiechając się, rzekła, że cieszy się z naszego spotkania i ruszyła wolno przed siebie.
 - Ja także! – wykrzyknąłem pospiesznie w jej stronę. Nawet nie wiem jak pani na imię?
 Nim zniknęła we mgle spojrzała na mnie pogodnie:
 - Oczywiście, że wiesz! Mam na imię Nadzieja.

 Łódź, 2012-02-08

sobota, 11 lutego 2012

Runy - okruchy życia


Taka skromna myśl, którą pragnę się z Wami podzielić:

„Wystrzegaj się pychy, cokolwiek osiągniesz - jesteś zawsze u początku...”

Przyznacie, że coś w tej myśli nie pozwala przejść obojętnie. Prawda?



A co wspólnego z tym maja Runy? Cóż jeżeli się nie domyślicie może wkrótce będę mógł to wytłumaczyć...

poniedziałek, 6 lutego 2012

Bezradność...


                  Nie ma nic gorszego niż bezradność. Niemożność zrobienia czegokolwiek by zmienić stan rzeczy. Brak sposobów na porozumienie. Niechęć tej drugiej osoby do rozmowy. Z góry przyjęte przez nią założenia, zasłaniające wszystko inne. I nic co powiesz nie jest istotne. Nic co zrobisz nie zmieni sytuacji. A potem nadchodzi zwątpienie. To z ostatniego mojego postu. Przemożne, druzgocące i niweczące pozytywne myśli. A co potem? Nie chce mi się myśleć. Przecież to i tak nic nie zmieni. NIC!!! A może? Nadzieja!!! I w uszach dźwięczy cudowny duet Kate Bush i Pitera Gabriela - Don’t give up:



„Na tej dumnej ziemi wyrośliśmy mocni
Byliśmy upragnieni od samego początku
Nauczono mnie walczyć, nauczono wygrywać
Nigdy nie myślałem, że mogę zawalić

Nie zostało żadnej woli walki, jak mi się zdaje
Jestem człowiekiem, którego opuściły wszystkie marzenia
Zmieniłem twarz, zmieniłem swoje imię
Ale nikt cię nie chce, gdy przegrywasz

Nie poddawaj się
Bo masz przyjaciół
Nie poddawaj się
Jeszcze cię nie pokonano
Nie poddawaj się
Wiem, że możesz to naprawić

Chociaż widziałem to wszędzie wokół
Nigdy nie sądziłem, że mogłoby mnie dotknąć
Myślałem, że w razie czego będziemy ostatni
W tak dziwny sposób sprawy się zmieniają...”


sobota, 4 lutego 2012

Nadzieja i zwątpienie.



Czas nie jest łaskawy.  Przynajmniej nie dla wszystkich. Kluczy z sobie tylko znanym rozmysłem i nikt nie wie dlaczego. Z reguły im gorzej jest tym bardziej się dłuży. Im lepiej… Sami wiecie. Gna jak oszalały. I nic z tym zrobić nie można. Spotkałem się jednak z myślą, że to nie  czas mija tylko my przemijamy… I gdyby tak uczciwie przyjrzeć się rzeczy to… tak właśnie jest. Mijamy. Minuta po minucie. Dzień za dniem…
Smutne.




A może to nie tak? Może słowa, które wypowiadamy, myśli, które wprowadzamy w czyn, ścieżki, które wydeptujemy są czymś jak mech? Obrastają czas dając schronienie czemuś, co dopiero zakiełkuje. Czemuś co dopiero oblecze się w kształt i stanie się ostoją dla tego co przyjdzie. Co sprawi, ze przyszłość nabierze sensu? Może…
Nadzieja i zwątpienie. Wczoraj i dziś. Żyjemy bo wierzymy w lepsze jutro... Nie poddajemy się bo nie godzimy się ze złymi wizjami. I choć wiatr wieje w twarz, idziemy pod prąd. Krok za krokiem. Minuta po minucie, dzień za dniem… Czy skądś to znacie? Czy coś Wam to przypomina? A może czas jest tylko niemym świadkiem? Zaledwie nieznajomym przechodniem mijającym nas co dzień. I choć czasem nachodzi nas zwątpienie. Osacza i sprawia, ze dalej nie chce nam się wędrować zawsze w końcu przychodzi Nadzieja. Tajemnicza nieznajoma, której nigdy nie zapraszamy na wspólny spacer ale mimo to kroczy obok nas. jak wierny pies.
I tego Wam życzę. Nadziei. Niech zawsze przy Was będzie. 

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Jak ladacznica...


Nigdy nie interesowałem się polityką. Zawsze postrzegałem ją jako dziwkę, która idzie z tym kto da więcej. Właściwie niewiele zmieniło się w tym temacie. Zarówno w mojej głowie jak i w rzeczywistości. Smutne. Jednak pewna myśl uwiera niemiłosiernie. Ktokolwiek zajmuje się polityką ma mnie głęboko w... Sami wiecie gdzie. Niestety Was też. Smutne, bardzo… Jedno wiem tylko. Tak dłużej się nie da. Śruba została przykręcona do granic możliwości…
Spotkałem się z pewną myślą: „Polska to nie państwo, to sposób życia…” Trudno się z tym nie zgodzić…
 Kiedyś na historii pewna bardzo mądra kobieta uczyła mnie, że: „PAŃSTWO jest organizacją, wyposażoną w atrybuty władzy zwierzchniej po to, by ochraniać przed zagrożeniami zewnętrznymi i wewnętrznymi ład, zapewniającą zasiedlającej jego terytorium społeczności, korzystne warunki egzystencji.” 
Inna definicja, która może w tej sytuacji zaciekawić, to definicja MAFII: „Mafia - nazwa zorganizowanej grupy przestępczej o dużych wpływach, powiązaniach z osobami na różnych szczeblach władzy, policją, biznesem, prowadząca działalność gospodarczą finansowaną z przestępstw.” (Definicje  - Wikipedia Polska)
Nadmienię tu, że nie nazywam nikogo przestępcą. Nic też nie sugeruję ale wydaje mi się, że wszystko straciło swoje znaczenie i nic już nie jest takie jakie być powinno… Wnioski pozostawiam Tobie szanowny gościu.
Po tym wstępie chciałbym przedstawić pewien tekst z którym w 99% się zgadzam. A jak on ma się to powyższych definicji nie mnie decydować…




„Witam Panie Premierze,
piszę do Pana ten list, bo mam po prostu serdecznie Pana dość. I nie chodzi o jakąś tam koszmarną niekompetencję (chociaż nadmierną kompetencją to Pana rząd się też nie wykazuje), ale o wylanie mojej czary zawiedzenia tym, co Pan w tym kraju robi. Po pierwsze: jestem obywatelem, więc mam prawo wyrazić swoją opinię. Po drugie, jestem Pana wyborcą, więc tym bardziej powinien Pan to przeczytać (ale się nie łudzę, żeby nie było).
Odpuszczę sobie górnolotne stwierdzenia, napiszę tylko dlaczego uważam Pana za najgorszego premiera drugiej kadencji (pierwsza poszła jako-tako). Ale może zacznę od początku. Mam szczęści pracować na umowę o pracę. Co miesiąc widzę więc różnicę brutto – netto. I nie o to chodzi ile tam jest. Chodzi o to, ile z tego mam. Chodzi o to, że nijak nie widzę sensu przekazywania tych pieniędzy nieudacznikom takim jak Pan i Panu podobni. Co z tego mam? Drogi? Nie. O funduszu drogowym, który płacę w cenie paliwa, a który i tak g. daje napiszę później. Służba zdrowia? Kpina. Jakby nie dodatkowo wykupiona opcja, to o głupiej wizycie u laryngologa mógłbym pomarzyć. Rehabilitację naderwanego więzadła kolanowego NFZ zaproponował mi za cztery miesiące, czyli też musiałem zapłacić, żeby mi cokolwiek dała. Co więc z tego mam? Może szkołę dla mojego przyszłego dziecka? Aha, też dobre. Przedmioty ścisłe się likwiduje, nauczyciele w gimnazjach boją się uczyć, a jak ostatnio przeglądałem program nauczania liceum to chciało mi się wyć, bo poziom sięgnął dna.
Co więc mam? Może poczucie bezpieczeństwa? Aha, dobry dowcip. Policję mamy niedofinansowaną do tego stopnia, że funkcjonariusz jednego z komisariatów we Wrocławiu spisywał moje zeznanie na maszynie do pisania, używając do tego zwykłej kalki (zastanawiam się, czy oni faktycznie mają jeszcze na nią dostawcę, czy może w magazynach zalega jej kilkanaście ton, więc trzeba wykorzystać?).Może zabezpieczenie przyszłości? Emerytura? Co z tego, że późno, ale może chociaż godziwa? A gdzie tam. Nie dość, że ze swojej pensji utrzymuję obecnych emerytów, to jeszcze mam małą szansę na jakiekolwiek pieniądze, bo „owoc żywota Twojego jeZUS”. Tak więc jak już pracodawca odprowadzi za mnie to, co musi – na swoją emeryturę odkładam sam.
A kiedy już, po tych wszystkich składkach i odliczeniach wezmę swoją pensję, jadę zatankować auto. Nie jakieś super nowe, ale nie stare. Oszczędne, bo inaczej się nie da. Tankuję, bo muszę, chociaż ograniczam jazdę autem jak tylko mogę. Ale i tak krew mnie zalewa jak widzę cenę benzyny. I znów nie dlatego, że mnie kompletnie nie stać. Na tyle ile jeżdżę – na tyle mnie stać. Szlag mnie trafia, bo w cenie litra benzyny jest mnóstwo podatku, którego część teoretycznie powinna iść na drogi, a tak naprawdę idzie na pokrycie niekompetencji kolejnych ekip rządzących (Pana też, a jakże). Na dodatek na naszych cholernych drogach amortyzatory, przeguby i ogólnie zawieszenie pada tak szybko, że koszty utrzymania auta jeszcze bardziej rosną.
Więc, podsumowując: ładuję w Państwo, którym Pan rządzi kupę kasy, a nie mam z tego nic. Kompletnie i literalnie nic. Mało tego, poprzez decyzje o podwyżce cen benzyny powoduje Pan, że mam jeszcze mniej. Bo zaraz drożeje transport, jak drożeje transport to drożeje żywność, itd itd itd.
Ale jestem inżynierem i realistą. Nie wszystko to, co opisałem jest Pana winą. Nie jest Pan wszak Harrym Potterem, nie naprawi Pan wszystkiego za pomocą czarów. Na to potrzeba lat, potrzeba zmian, nie tylko prawa, ale też mentalności. Tak, zdaję sobie z tego sprawę. Problem w tym, że Pan nic z tym nie robi. Pana rząd nie jest zły w stricte tego słowa znaczeniu. Jest lepszy niż inne i najmniej fatalny z możliwych obecnie, patrząc na naszą scenę polityczną. Obiektywnie rzecz ujmując, niewiele Pan zepsuł. Tylko, że mamy kryzys i nie potrzeba nam utrzymania stanu obecnego, ale poprawy. Tutaj Pan zawiódł. Na całej linii.
Sądziłem, że uda się Panu zlikwidować choć trochę urzędników, na utrzymanie których idzie część moich podatków. Lipa. Nic z tego. Liczyłem na to, że ukróci Pan rozpasanie tych, którzy swoje zarobki, trzynastki, czternastki, piętnastki i siedemnastki wywalczyli dzięki rozwiniętym umiejętnościom palenia opon na ulicach i gardłom produkującym hałas przekraczający możliwości zwykłego człowieka. Znów nic z tego. Sądziłem, że w dobie kryzysu, oprócz cięcia tego, co dotyczy obywatela oraz sięgania do kieszeni tegoż (VAT, akcyza) wprowadzi Pan oszczędności w administracji. Dlaczego nie posłuchał Pan Balcerowicza, który mówił o rozpasaniu w poszczególnych ministerstwach? Dlaczego nie poszedł Pan w stronę sprawdzonego ekonomicznie modelu, funkcjonującego w korporacjach, gdzie dostawy wszystkich gratów (od komputerów, przez krzesła, po długopisy) negocjuje jedna komórka i efektem synergii oszczędza pieniądze? Nie, lepiej w każdym ministerstwie utrzymywać bandę ludzi, bo przecież długopis potrzebny w ministerstwie rolnictwa musi być zielony, w ministerstwie zdrowia czerwony, w ministerstwie pracy niebieski, a w ministerstwie finansów czarny. Laptopy przecież też muszą mieć inne. Samochody też. Dlaczego zamiast zwiększyć efektywność wydawania tych pieniędzy, które i tak wyciąga Pan z mojej kieszeni, sięga Pan do niej cały czas głębiej i głębiej? Jak Pan sądzi, ile wytrzymam? Testuje Pan mój patriotyzm?
Tak, napisałem patriotyzm, bo wg mnie prawdziwym patriotyzmem teraz jest właśnie płacenie podatków. Bo to, w odróżnieniu od dywagacji o drzewach, helu, Węgrzech i wymianie elit jest naprawdę ważne. Chciałem więc Panu powiedzieć, że mój patriotyzm jest już powoli na wyczerpaniu. A jak się wyczerpie, po prostu zacznę płacić podatki w miejscu, gdzie ktoś je szanuje. Gdzie każdy grosz wyciągany z kieszeni podatnika jest oglądany uważnie i wydawany rozsądnie. Tak, żeby podatnik mógł czuć się z tego zadowolony.
Nie. Nie miał Pan dość ikry, żeby zrobić to wszystko. Poszedł Pan na łatwiznę, licząc, że społeczeństwo przełknie tę żabę i znów odda na Pana głos, przerażone wizją wygrania Pana konkurenta. Cóż, może ma Pan rację. Co nie zmienia faktu, że się zawiodłem. Liczyłem, że otoczy się Pan fachowcami. Liczyłem, że stworzy Pan rząd, który nie będzie kierował się kumoterstwem, chęcią zabłyśnięcia przed kamerami, parciem do stworzenia miejsc pracy dla rodziny i znajomych czy też zwyczajną niekompetencją. Znów się zawiodłem. Pana sukcesy są sukcesami medialnymi, fajerwerkami, które ładnie wyglądają, ale równie szybko gasną. A ja nie oczekuję fajerwerków. Oczekuję sukcesów małych, ale konsekwentnie prowadzących do celu. Celu, którego już teraz nie muszę wyjaśniać. Tego mi Pan nie daje. A na widok fajerwerków chce mi się już wymiotować.
Nie oczekuję, że Pan to przeczyta. Nie jestem blogowym tuzem, którego wpisy czytają tysiące. Nie jestem jakiś mega wygadany. Jestem zwyczajnym Polakiem, patriotą płacącym podatki, tankującym auto, oszczędzającym dodatkowo na emeryturę, opłacającym dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne. Patrząc dookoła – jestem szczęściarzem, bo na to wszytko mnie jeszcze stać. Ale robi Pan wszystko, żeby było mi coraz trudniej.
Jako taki Polak patriota postanowiłem skorzystać ze swojego prawa i wylać swój osobisty kubeł żółci na Pańską głowę.
Z patriotycznym pozdrowieniem,
                                                                                             Podatnik.”

*******************************************************************
Zainteresowanych odsyłam do źródła, w którym odnalazłem  powyższy tekst:
Pozdrawiając jednocześnie jego autora.

czwartek, 26 stycznia 2012

Bogacz i Żebrak


Dalai Lama - ten wspaniały mędrzec, człowiek niosący w sobie światło, poddał ostatnio pewną myśl:
            "Jest takie powiedzenie w języku tybetańskim - Na drzwiach nieszczęśliwego, bogatego człowieka śpi zadowolony żebrak. - Powiedzenie to nie oznacza, że ubóstwo jest cnotą, ale, że szczęście nie pochodzi 
z bogactwa, ale z ustalania limitów dla własnych pragnień i życia w tych granicach z zadowoleniem."
Co o tym sądzicie? Bardzo ciekawi mnie Wasze zdanie!


poniedziałek, 23 stycznia 2012

13 piętro czyli ACTA...


Wiele lat temu przeczytałem pewne opowiadanie Mistrza Lema. Wstrząsnęło mną. Opowiadało o sztucznym świecie w którym byli ludzie, którzy myśleli, że są prawdziwi. Kochali i nienawidzili, mieli idee i o nie walczyli. Aż pewnego razu skonstruowali sztuczny świat, w którym byli ludzie, którzy myśleli, że są prawdziwi… Przerażające! To jak postawić naprzeciw siebie dwa wielkie zwierciadła i stanąć między nimi. Mnogość ludzi jaką zobaczymy będzie niezliczona… 
A przecież tylko jeden będzie prawdziwie czuł…
I oto w kwietniu 1999 roku, cztery miesiące przed premierą „Matrixa” garstka szczęśliwców (a może nieszczęśników) ogląda premierę filmu „The Thirteenth Floor”* (trzynaste piętro). 
I tu jak u Mistrza Lema istnieje sztuczny świat. Stworzony w superkomputerze świat do złudzenia przypominający ten z lat młodości swojego twórcy. A w nim ludzie jak prawdziwi… Ale istnieje możliwość przeniknięcia do tego świata, lecz… Nie opowiem Wam co dzieje się dalej. Nie chcę zepsuć przyjemności z oglądania tego, moim zdaniem, o niebiosa lepszego od Matrixa, choć nie tak znanego 
i rozreklamowanego filmu.
Refleksje jakie przychodzą po jego obejrzeniu, powalają na kolana… I nic już nie jest takie samo. Beztroska odchodzi w zapomnienie… Myśli powstają i znikają jak oszalałe. A czas przestaje być linijką, wzdłuż której bezustannie wędrujemy… A uporczywe pytania w głowie rozbrzmiewają z narastającą siłą, rozsadzając czaszkę: „Czy ja istnieję naprawdę? Dokąd zmierzam? Jaki ma sens to co myślę i robię?”
I choć już dawno temu pierwszy raz obejrzałem ten film to dziś nabiera on szerszego znaczenia. Spytacie dlaczego? Za sprawą przerażającej ustawy ACTA, która chce zagarnąć coś wspólnego. Która jak miecz Demoklesa zawisła nad światem… I oto niczym biblijni Jeźdźcy Apokalipsy nadchodzi grupa Anonymous*. Niosąc hasło  "Jesteśmy Legionem. Nigdy nie przebaczamy. Nigdy nie zapominamy. Spodziewajcie się nas" Rozpoczynajac 
„I Cybernetyczną wojnę światową”, której pierwszym bitewnym polem stała się Polska.
A uporczywe pytania rozbrzmiewają z narastającą siłą:
„Czy ja istnieję naprawdę?
Dokąd zmierzam?
Jaki ma sens to co myślę i robię?”…


·        The Thirteenth Floor –  thriller, sci-fi z 1999r. w Polsce znany pt: „Trzynaste Piętro” reż. Josef Rusnak. Główny rywal „Matrixa”



·        Anonymous – niezidentyfikowana grupa osób podejmująca protesty przeciwko obecnemu funkcjonowaniu świata (korupcja, konsumpcjonizm, cenzura) i ataki internetowe (zarówno na serwery rządowe jak i korporacyjne). Ma na koncie wiele przedsięwzięć, które można określić  jako społecznie zaangażowane. W 2006 roku, kiedy mało kto słyszał o enigmatycznych Anonimowych, pomogli oni amerykańskiej policji w zatrzymaniu kanadyjskiego pedofila. W późniejszych latach wypowiedzieli wojnę meksykańskim kartelom narkotykowym, neonazistom oraz stronom z pornografią dziecięcą.

piątek, 20 stycznia 2012

Ostatni koncert


Wiatr zawodził w kominach i zamiatał kurz kończącego się dnia. Noc pazernie pochłaniała barwy, by wkrótce zastąpić je nieprzeniknioną czernią. Gwiazdy niecierpliwie błyszczały na niebie, przyćmione zmęczonym lśnieniem zachodzącego słońca. Poszarzałe szyby okien odbijały spojrzenia przechodniów, tęskniących za ciepłem własnych domów. Nieliczne z nich błyszczały sztucznym, elektrycznym blaskiem. Kolorowe liście usychały bezradnie, opuszczając ukochane konary. Jesień czaiła się za zakamarkami.
         Wśród wypełzających na ulicę cieni, pojawił się nieśmiało cień wyjątkowy. I choć był jednym z miliona podobnych, mrocznych istnień, to jego marzenia sprawiały, że był jak lśnienie. I choć odrzucony przez braci i niezrozumiany przez innych to jednak szczególny. On sam tego nie zauważając, topił swą samotność w smutku
i niewypowiedzianej tęsknocie. Nie spieszył się nigdzie, nie wiedząc jak i gdzie kończy się jego droga.

***

         Pod zeschłym źdźbłem trawy chował się senny Świerszcz. 



Jego przemarznięte skrzypki nie grały już tak pięknie jak w ciepłe, letnie wieczory. Może dlatego nikt już nie przystawał, by zasłuchać się w misterny koncert. Za dnia słoneczny blask, nocą rażący promień latarni nie pozwalały ukryć się mu w opiekuńczych ramionach sennych wspomnień…  A on przygnębiony, nie mógł zasnąć mimo ogromnego zmęczenia.

***

         Wyjątkowy Cień wędrował wolno ulicami. Raz po raz zapadał się w przepastne czeluści swoich myśli. Niewątpliwie nie udałoby mu się z nich wydostać gdyby nie pewien fenomen, towarzyszący zamyśleniu. Gdy otchłań zadumy pochłaniała go bez reszty, najbliższa z latarni gasła, wytrącając go z letargu. I tym razem tak właśnie się stało. Ku swojemu zdumieniu usłyszał w ciemności świerszczany koncert. Zasłuchany przystanął, lecz gra słabła, aż w ciemności pozostała tylko cisza. Ruszył wtedy swą drogą w poszukiwaniu niewiadomego przeznaczenia.

***

         Zmarznięty Świerszcz spostrzegł przechodnia, który wolnym krokiem, bez pośpiechu szedł w jego stronę. Ostatkiem sił walcząc z zimnem i zmęczeniem zagrał swoją melodię o cieple i szczęściu, soczystej zieleni i spełnieniu marzeń najpiękniej jak umiał…
         Ciemność, która niespodziewanie zapadła, dała wyczekiwane od dawna wytchnienie. Szczęśliwy, że ktoś wysłuchał jego ostatniego koncertu wtulił się w przyjazne źdźbło trawy i okrył duszę cudownym, uskrzydlającym snem.

Mikey McVee


czwartek, 19 stycznia 2012

Sztuka latania…



A więc udało się! Cichaczem wślizgnąłem się niezauważony przez czujne oczy straży. Usiadłem na fotelu pilota. Zapiąłem pasy i wcisnąłem mały czerwony guziczek z zabawnym napisem „start – wciskać w ostateczności” Niestety nie wystarczyło mi cierpliwości na przeczytanie tego co po myślniku.  Być może to wrodzona niechęć do czytania drobnym druczkiem? Zadudniło, zahuczało i wystartowałem. Dopiero na wysokości dotarła do mnie przerażająca myśl: „I co dalej?!?” Łatwo było wcisnąć czerwony guziczek, a teraz trzeba pilotować ten wehikuł w drodze ku niewiadomemu. I nawet nie ma komu poskarżyć się, że nie umiem. Bo i jak to zrobić? Wstyd przyznać, że usiadło się za sterami bez umiejętności pilotowania…





Ale to przecież nic nowego – powie wprawny obserwator. Na kursie jazdy poświęcamy godziny na manewry przy parkowaniu, na pokonywaniu kilometrów, na trzymaniu rąk za piętnaście trzecia. Nikt nie mówi jednak, że warto wrzucić pierwszy bieg przed zapaleniem się zielonego światła, by płynnie ruszyć. Że natura kocha równowagę, więc i my przed skrzyżowaniem nie ustawiajmy się na ósmym miejscu na lewym pasie, skoro na prawym możemy stanąć na trzecim… By obserwować światła samochodu jadącego nie tylko tuż przed nami ale również poprzedzającego… Przecież wszyscy pilotujemy wehikuły naszego życia bez instrukcji obsługi. Chodzimy do przedszkoli, szkół, studiujemy. Poznajemy algebrę, uczymy się gramatyki, wkuwamy tysiące formułek i wzorów. Potrafimy wymienić państwa, miasta, morza i oceany. Wiemy co było w lipcu 1410, 3 maja 1791 i… Ale nikt nie uczy nas jak żyć. Jak kochać i szanować , być szczęśliwymi i jak pielęgnować to szczęście. Nikt nie mówi, co naprawdę jest ważne. Że nie tytuły, nie zaszczyty i nie mamona. Że sami nie znaczymy nic, że jesteśmy jak puch na wietrze… 
Nikt nie uczy nas, że jesteśmy wyjątkowi i niepowtarzalni. Jedyni w swoim rodzaju. Że mamy prawo a nawet obowiązek być szanowani i traktowani z godnością… Nie tylko my powinniśmy zrozumieć innych ale oni nas także… I nikt nie mówi nigdy, że każda mijająca chwila odchodzi bezpowrotnie. I choć nie powróci to ma przemożny wpływ na czas, który nadchodzi.