niedziela, 8 lipca 2012

Wędrówką życie jest...

          Choć nie wiem co przyniesie jutro. Nie znam miejsc, które mnie przywitają i ludzi jakich spotkam, wiem, że warto wędrować, gdyż stojąc w miejscu, nigdy nie zobaczyłbym takiego miejsca jak to…


          Są miejsca, które śnią mi się czasem choć nigdy ich nie odwiedziłem. Są też miejsca, które odwiedzam, choć nigdy nie chciałem w nich się znaleźć. Są też takie, które raz odwiedziłem i pozostały w mojej pamięci. Dały moim myślom blask, mimo mroku przez jaki czasem muszę wędrować. Sprawiły, że w bezsilności odnajduję siłę, by nie stracić wiary, że warto żyć...

sobota, 23 czerwca 2012

W zamieci czasu


Mijałem czas niemiłosiernie bezwiednie. Przebijając się przez gruzy świadomości. Poszukiwałem ostatnich ukochanych miejsc. Ciężkie ołowiane chmury. Przygniatały jaźń pełznącą mozolnie. Anioły gdzieś wysoko, ponad chmurami grały swoją muzykę. Nie dla mnie. Nie tego dnia… Czas gdy wiedziałem, że wszystko będzie takie jak w moich myślach, odszedł bezpowrotnie. Głosy ludzi, których już nie ma. W moich uszach słuchawki wspomnień. Wspomnienia. Myśli ważne tylko dla mnie. Nigdy nie wypowiedziane pragnienia… Gruzy przeszłości. Marzenia leżą w zgliszczach. I nic zrobić już nie można. Już nie odnajdę miejsc w zamieci czasu by zmienić złe decyzje. By wybrać dobrą drogę. Przede mną przepaść. Rozpadlina bez dna. Tylko jeden krok. Wystarczy jeden krok i nic nie będzie już miało znaczenia. Gdy ostateczność zajrzała mi w oczy, poczułem Twoją dłoń. Ciepło, które nie pozwoliło zamarznąć. Nadzieja. Powód by szukać innej drogi. By wierzyć, że istnieje świat. Za horyzontem. Na granicy niebios. Świat spełnionych pragnień. Pomimo gruzów…



Dzięki mojemu przyjacielowi mogłem znów wsłuchać się w audycje Tomasza Beksińskiego. Zasłuchać się w słowa sprzed niemal 13 lat. Usłyszeć człowieka, z którym już nie można rozmawiać. Ale mogłem wysłuchać jego doskonałego monologu, ilustrowanego wspaniale muzyką i okraszonego tekstami poetów i romantyków rocka jak Peter Hammill, Bryan Ferry, Robin Trower, Pink Floyd czy Marianne Faithfull.
Kiedyś słuchając tych audycji myślałem, że gdy Tomasz odejdzie, radio przestanie dla mnie istnieć. I tak się stało. Nie miałem tylko pojęcia, że nastąpi to tak szybko.
Z tymi audycjami łączy mnie wiele wspomnień. Moje pierwsze spotkanie The Cure i Depeche Mode, które wtedy jeszcze były mało znanymi niszowymi zespołami. Fascynacja ich muzyką i tekstami. To dzięki Tomkowi Beksińskiemu zrozumiałem jak wielki przekaz może nieść ze sobą muzyka. 
To były dobre czasy. Czasy nadziei i wiary w spełnienie. Niedostrzegania ciemnych zaułków, w które życie potrafi znienacka wciągnąć…
Mam nadzieję, że nie macie mi za złe dzisiejszej melancholii po ostatnim radosnym wpisie, ale czasem trudno o uśmiech, gdy wspomnienia przynoszą tęsknotę za ludźmi, których od lat nie widziałem oraz za tymi których już nigdy nie będzie mi dane spotkać.
Ale nie wszyscy przyjaciele są daleko. Prawdziwa przyjaźń nie umiera, choć czasem setki kilometrów i szmat czasu dzielą. Ona jest przy mnie. Bliżej niż kiedykolwiek. I dzięki temu mimo wszystko uśmiecham się…

wtorek, 12 czerwca 2012

Uśmiechając się do lustra...



To co poniżej przeczytacie, jest autentyczną historią z mego życia.
Ten wpis dedykuję owej postaci, którą opiszę. A także wszystkim  wspaniałym, spotykanym na co dzień ludziom, najbliższym i tym nieznajomym, którzy sprawiają, że się uśmiecham i wierzę, że jutro będzie lepsze od dzisiejszego dnia.



Pewnego razu spotkałem na swojej drodze człowieka. Był to staruszek. Jego twarz pokryta zmarszczkami, wskazywała jak wiele czasu upłynęło od jego narodzin. Rzadkie siwe włosy elegancko przystrzyżone i uczesane, pogłębiały ten efekt. Miał na sobie garnitur starszy ode mnie, starannie wyprasowaną koszulę i krawat, które nie pasowały do dzisiejszych kanonów mody. Mimo to jego twarz była rozpromieniona. Oczy świeciły jasnym blaskiem i sprawiały wrażenie jakby należały do kogoś o wiele lat młodszego.
- Czy pan jest ostatni? – zapytał.
- Tak. – odrzekłem zgodnie z prawdą, bo za mną w kolejce nikogo już nie było.
- Teraz ja będę za panem. – odparł z uśmiechem.
Mnie jednak nie było do śmiechu. Smutek panoszył się w moich myślach, a głowa pękała od problemów. Ów staruszek, nie wiedzieć czemu, przyglądał mi się przez chwilę badawczo, a potem przemówił serdecznie, jak do dawno nie widzianego przyjaciela.
- Widzę, że opanował pana smutek. Czy wie pan  ile mam lat?
Zastanawiałem się przez chwilę i pewien swojej oceny powiedziałem:
- Siedemdziesiąt może siedemdziesiąt dwa!
Nieznajomy zachichotał  i odrzekł:
- Pomylił się  pan. Mam dokładnie 93 lata! – a jego twarz rozpromieniła się jeszcze bardziej. Nie mogłem uwierzyć w to co usłyszałem. Pomyślałem, że może się pomylił, ale zapytany potwierdził swój wiek. Moje zaskoczenie rozśmieszyło go tylko. A radość bijąca z jego postaci ogarniała mnie jak słoneczne ciepło w upalny, letni dzień.
- Wie pan jak to się stało, że tak długo żyję? – zapytał.
- Nie mam pojęcia! – odpowiedziałem znów zaskoczony jego pytaniem.
- Pielęgnuję w sobie radość. Uśmiecham się do mijanych ludzi. Nawet gdy przechodzę koło lustra uśmiecham się do swojego odbicia, a ono odpłaca mi tym samym. Gdy coś mnie boli, wyobrażam sobie różne śmieszne historie. A gdy czuję, że zbliża się melancholia wspominam najweselsze i najpiękniejsze chwile mojego życia. I wie pan, nawet podczas choroby, wbrew wszystkiemu śmieję się z byle drobiazgu.  Bo musi pan wiedzieć, że choroba i pech boją się radości i śmiechu, więc omijają mnie z daleka. Dlatego zawsze proszę się uśmiechać. Cieszyć najmniejszymi drobiazgami. I nawet w smutnych chwilach myśleć radośnie.
Jego słowa zagnieździły się w moich myślach. Utkwiły głęboko w głowie. I choć nigdy więcej nie spotkałem tego wyjątkowego człowieka, to w trudnych chwilach wspominam go i łatwiej mi wtedy znieść przeciwności.  

sobota, 9 czerwca 2012

Wspólne pragnienia




Świat jest ogromny i choć przygarnął miliardy istnień nie dla wszystkich jest łaskawy. Każdy na swój sposób radzi sobie z przeciwnościami. Dziś jesteśmy świadkami „fenomenalnego zjawiska - obojętności”, która z prędkością światła obiega glob i niczym pandemia ogarnia „najinteligentniejsze” ze zwierząt. A one zapominają, że w pojedynkę, samotnie, nic nie znaczą.
 
I skazują na zagładę swoje marzenia.
Ale istnieje szczepionka. Lek na zarazę. Są to zapomniane przez wielu Przyjaźń i Miłość. Tylko one potrafią wiązać Ludzi we wspólnoty. Tylko we wspólnocie, ramię przy ramieniu, serce przy sercu, pragnienia  mogą stać się  rzeczywistością. Tą dobrą i świetlaną…


Kiedy niebo jest szare
Łzy same cisną się do oczu
I chmury zasłaniają słońce
Naszym rozwianym myślom

Kiedy niebo jest smutne
Zapominamy, że słońce istnieje
I łzy zatapiają nadzieję
W naszych skołatanych głowach

Lecz gdy razem pragniemy
Zawsze odnajdziemy marzenia
Przegnamy szarość smutku
I nasze słońce wyjdzie zza chmur

        Mikey McVee, 2010-12-19 Łódź               

sobota, 2 czerwca 2012

Niczym Monte Christo...



Ukryty w kropli deszczu smutek. W marzeniach miało być lepiej. „Bądź kowalem swego losu!”, „Pieniądze szczęścia nie dają!”. Fikcja. Slogan. Słowa bez pokrycia. Zbyt dużo rzeczy tworzy ten los. Zbyt wielu ludzi macza w tym palce. I cóż? Poddać się? Załamać? Wślizgnąć pod prześcieradło, zawczasu zakładając na dużego palca od nogi metkę z imieniem i datą? Bzdura! Po co nam życie jeżeli nie mamy na nie większego wpływu? Jesteśmy tylko pionkami w czyjejś grze. Do tego w grze bez sensu. Ale czy to znaczy, że bezwolnie powinniśmy poddać się regułom wymyślanym z nudów, przez rozpieszczonych gogusiów lub pełnych nienawiści egoistów? Ludzi, którzy jedyne co potrafią to niszczyć innym życie, bo ich własne im się nie udało.




Właśnie taka rzecz stała się wczoraj. Podpisano wyrok na nas wszystkich. Wielu dostało dożywocie. I nie jest istotne, że 95% nas jest temu przeciwne. Przecież z nami i tak się nikt nie liczy. Jesteśmy tylko mięsem armatnim. Stada hien czekają na żer. Łapią bezmyślnie przynętę zapominając, że w środku kryje się haczyk. A tłuste brody decydentów aż trzęsą się ze śmiechu. Cieszą się, że szara masa będzie tyrać na ich zachcianki do 67 roku życia. A wszelka emerytura przez nią wypracowana
w większości przypadków zasili tylko kiesy decydentów. Bo średnia długość życia to właśnie te 67 lat, a zgromadzone środki nie są dziedziczone…
 Aż pewnego dnia do ich tyłków też ktoś się dobierze. Porządnie je skopie, a potem odda hienom. Mam tylko nadzieję, że moje wnuki już nie będą musiały znosić dzisiejszej beznadziei. Że nasze dzieci stworzą świat, w którym będzie można rozwinąć skrzydła. Że nikt nie będzie zastanawiać się rankiem, czy jest sens w ogóle wstawać z łóżka.

piątek, 25 maja 2012

Raz za razem (time after time)



Czas jest wynikiem umierania chwil…




To co piękne często jest niewidoczne,
gdyż nie wierząc w siebie



poniedziałek, 14 maja 2012

Strange day...


                The cure – z angielskiego lekarstwo. I takaż dla mnie zawsze była muzyka tego zespołu. Stała się lekarstwem na rzeczywistość, która była inna niż ta, jaką wymarzyłem. Początkowo muzyka niosła mnie w odległe miejsca. Pozwalała zapomnieć lub przezwyciężyć przeciwności. 
A potem Tomasz Beksiński, jakby słuchając moich próśb, wypowiadanych tylko w mojej myśli, w audycjach zaprezentował dyskografię The Cure, okraszając ten specjał tekstami przetłumaczonymi na język polski. „Strange Day” jest moim numerem jeden. A tekst… jak większość tekstów kapeli Roberta Smitha nie jest optymistyczny. Ale w jakiś osobliwy sposób czasem wyraża mnie. Żałuję, że ja nie potrafię tego tak doskonale ująć i zakamuflować słowami… I żałuję, że nie ma już wśród nas niedoścignionego Tomasza Beksińskiego, bo jego audycje, zwłaszcza "Trójka pod księżycem" pozwalały znaleźć się daleko od rzeczywistości, w świecie, gdzie niesiony magiczną muzyką, unoszony wibracją wyszukanych słów, odnajdowałem drogę do moich miejsc...


Osobliwy dzień – The Cure

Daj mi swoje oczy bym zobaczył niewidomego całującego twe dłonie.
Słyszę jak pali się słońce, a moja głowa rozpada się w proch.
Piasek.
Morze wzbiera.
Zamykam oczy.
Idę powoli wśród zatapiających mnie fal.
Odchodzę tego osobliwego dnia.
I śmieję się niesiony wiatrem, tańcząc na kamiennej plaży.
Wywołuję uśmiech na twarzach oczekujących na moją śmierć.
Jesteśmy tu znowu.
Słyszę nagły szept wód.
Moja głowa opada do tyłu.
Ściany walą się.
Niebo i wszystko eksploduje.
Przez chwilę utrzymany nad wodą , przypomniałem sobie piosenkę.
Impresja dźwięków.
A potem wszystko przepada, raz na zawsze, tego osobliwego dnia...

Tłumaczenie – mistrz Tomasz Beksiński



środa, 9 maja 2012

Mokniemy



Mokniesz.
Deszcz spływa po Twoich oczach
I bladych policzkach
W tych łzach jak w krzywym zwierciadle
Odbija się świat
Mokniesz.

Ja nie potrafię Ci pomóc
Twoje oczy coraz bardzie szkliste
I senne
Twoja twarz wyraża smutek
I strach.

Przytul się do mnie mocniej
I nie płacz.
Mokniemy.



poniedziałek, 7 maja 2012

Na Księżyc i z powrotem.



- Tatusiu a gdybyś umiał latać poleciałbyś na księżyc? – zapytał mnie podczas rozmowy telefonicznej mój młodszy syn.
- Gdybym umiał latać synku, przyleciałbym najpierw do Ciebie! - odpowiedziałem… 
- A potem razem polecielibyśmy na Srebrny Glob. - Choć tym razem wcale nie był srebrny...

Pełnia


Wczoraj działa się rzecz niezwykła. Księżyc nie dość, że był w pełni to znalazł się najbliżej Ziemi od niemal 100 lat.  Dokładnie o 42592 km bliżej.  Czyli o 1/10 odległości orbity od Ziemi. Jego tarcza była 14% większa i 30% jaśniejsza niż zwykle. Robiło to niesamowite wrażenie. Tym bardziej, że jego kolor także był wspaniały.


To zdumiewające, że mogłem zobaczyć tak niezwykłą rzecz na własne oczy. Żałuję tylko, że nie było przy mnie moich dzieci. Że razem nie podziwialiśmy Księżyca i nie mogliśmy potem długo dyskutować o tym co zobaczyliśmy. Ale udało mi się uszczknąć fragment tej niecodzienności tak, by chociaż w ten sposób moi najbliżsi mogli wraz ze mną być świadkami tego fascynującego wydarzenia.

środa, 18 kwietnia 2012

Czasem słów brak...


Czasem słów brak
A milczenie jedyną formą wypowiedzi.
Czasem nadmiar słów
Zniewala ciężarem.
Niszczy tamy
Zalewając uczucia
Skrzętnie budowane
W trosce.
Wznoszone ku niebu
W krzyku milczenia…